Zapewne każdy z nas zetknął się kiedyś z opowieścią o Dawidzie, który zabił olbrzyma Goliata, rzucając w niego kamieniem z procy. Historia ta przedstawiana jest zazwyczaj w kontekście zwycięskiej walki kogoś słabszego z silniejszym przeciwnikiem. W jej opisie znajdujemy jednak co najmniej jeszcze jeden ciekawy epizod, który daje chrześcijaninowi sporo do myślenia.
Dawid w zbroi Saula
Przybywszy do Doliny Dębów, gdzie naprzeciw siebie stały wojska izraelskie i filistyńskie, Dawid usłyszał o Goliacie, który od wielu dni znieważał Boga i żołnierzy Izraela, i zgłosił się do Saula jako ten, który chce walczyć z olbrzymem. Był jednak tak młody, że król początkowo nie chciał się na to zgodzić. Ponieważ jednak Dawid nalegał, umożliwiono mu potyczkę z Goliatem.
Chcąc przygotować Dawida do walki, król Izraela uczynił to, co opisano w następujących słowach:
„Przyodział tedy Saul Dawida w swój rynsztunek, włożył mu na głowę hełm spiżowy i ubrał go w pancerz łuskowy, Przypasał też Dawidowi swój miecz na jego odzienie, i on próbował chodzić, chociaż nie był do tego przywykły. I rzekł Dawid do Saula: Nie mogę w tym chodzić, gdyż nie jestem przywykły. I Dawid zdjął je z siebie. Wziął natomiast do ręki swój kij i wybrał sobie pięć gładkich kamieni z potoku i włożył je do torby pastuszej, którą miał przy sobie, a służyła mu ona jako sajdak na kamienie, i tak z procą w ręku podchodził do Filistyńczyka”
(1 Samuela 17:38-40, BW)
Chrześcijanin jako wojownik
I to jest ten moment, na który chcielibyśmy dziś zwrócić uwagę. My, chrześcijanie, również jesteśmy wojownikami. Choć naszym orężem nie jest broń cielesna, a naszymi przeciwnikami nie są ludzie (Ef. 6:12), nasza walka jest najzupełniej realna.
Mamy jednak różne dary łaski, różne uzdolnienia i wrodzone umiejętności, które możemy wykorzystywać w tej walce – czyli w służbie dla Pana i dla Jego sprawy. Warto o tym pamiętać, bo zdarzają się wśród nas bracia, którzy koniecznie chcieliby, żebyśmy wykonywali dokładnie taką samą służbę jak oni. Jeśli tego nie robimy, możemy nawet spotkać się z przykrościami z ich strony. Jest to szczególnie bolesne wtedy, gdy taka krytyka pada z ust naszego pastora, starszego czy osoby stojącej – mówiąc niezbyt ładnie – wyżej w hierarchii tego naszego świata.
Ktoś może na przykład uważać, że skoro sam spełnia się w służbie głoszenia ewangelii każdej napotkanej osobie, każdy powinien tak czynić. Ktoś inny może naciskać, byśmy za wszelką cenę stali się miłośnikami twardej teologii i spędzali nad książkami każdą chwilę życia. Jeszcze inny będzie uważał, że każdy powinien codziennie rano modlić się co najmniej godzinę, a kto tego nie robi, jest zupełnie cielesnym, „nieduchowym” chrześcijaninem, który tak naprawdę nie poznał jeszcze Pana.
Znajdź swoją własną procę
Tymczasem prawda jest taka, że w cudzej zbroi niewielu z nas czuje się komfortowo. Trudno nam się w niej poruszać i mamy wewnętrzne przekonanie, że nasza broń jest zupełnie inna. To nic złego.
Każdy z nas ma swoją własną procę – swoją broń, swój dział służby, swój dar łaski – z którym lub w którym może prowadzić swoją, a raczej Pańską wojnę. Trzeba tylko odnaleźć swoją procę i swój kamień, a potem walczyć, nie zwracając uwagi na to, że inni mogą się dziwić albo nawet kpić z takiego rodzaju broni.

