To było na początku mojej chrześcijańskiej drogi, ponad trzydzieści pięć lat temu, pod koniec ustroju słusznie minionego. Szukałem wówczas autorytetów – jakichś braci lub sióstr, na których mógłbym się wzorować. Ten brat niewątpliwie był taką osobą. Kochał głosić ewangelię i nie było osoby, która mogłaby go w jakiś sposób przestraszyć lub zniechęcić. Umiał to robić: był bezpośredni, wiedział, co powiedzieć, i miał przy tym takt.
W opowieści, którą usłyszałem, było jednak nieco inaczej. Zdarzyło mu się bowiem opowiadać o Królestwie zamożnemu mężczyźnie, który całą swoją osobą demonstrował nieprzyjazne i wyniosłe nastawienie. Gdy usłyszał o Królestwie, zareagował drwiąco: „Proszę Pana, tu jest moje Królestwo” – i wskazał na swoje pięknie wykończone i bogato umeblowane lokum.
Ponieważ były to czasy schyłkowego komunizmu i ludzie żyli raczej biednie, widok ten był niewątpliwie czymś wówczas rzadko spotykanym. Ów brat rozejrzał się i powiedział:
– Wie Pan co, to Pana królestwo ma jedną wadę.
– Tak, jaką mianowicie?
– Któregoś dnia wyniosą Pana stąd nogami do przodu.
Gdy usłyszałem tę historię po raz pierwszy, byłem trochę oszołomiony. Nie było to przecież zbyt grzeczne. Okazało się jednak, że te niezbyt ładne i miłe słowa zrobiły na owym mężczyźnie wrażenie. Dotarło do niego przesłanie, które miało dotrzeć…
Ten sam los spotyka każdego
Żyjemy na tym świecie lepiej lub gorzej. Gdy jesteśmy młodzi, wydaje nam się, że jesteśmy nieśmiertelni i że ten stan będzie trwał zawsze. Tak jednak nie jest. Prędzej czy później dochodzimy w życiu do miejsca, w którym zderzamy się z własnym nieszczęściem lub z nieszczęściem kogoś bliskiego – takim, którego nie da się już w żaden sposób odwrócić. Często dopada nas wtedy gorycz, złość i żal do Boga, że coś takiego nas spotkało.
Nie jesteśmy jednak wyjątkiem. Zarówno my, jak i dokładnie wszyscy wokół nas jesteśmy głównymi bohaterami tego filmu, w którym spotyka nas ten sam los. Nie wszyscy jednak reagujemy na ten los tak samo.
Początek, a nie koniec istnienia
Zupełnie inaczej żyje się ze świadomością, że te kilkadziesiąt lat życia, w których dane nam jest uczestniczyć, może być dopiero początkiem, a nie końcem istnienia – wstępem do wiecznej przygody życia w szczęściu i społeczności z Bogiem.
Co byś powiedział, gdyby Bóg zamierzał przywrócić nas do życia? Dać nam z powrotem młodość i zdrowie? Przywrócić na ziemi warunki, w których człowiek kochałby swoich bliźnich i nie wyrządzał im krzywdy? Świat, w którym nie istniałby ból, nieszczęście, choroby i śmierć… Powiesz, że to mrzonka? Ale czy nie o to modlimy się, mówiąc: „Przyjdź Królestwo Twoje, bądź wola Twoja, jako w niebie, tak i na ziemi”?
To nie mrzonka, to nadzieja. Nadzieja, która pozwala sercu odpocząć. Jeśli bowiem jest ktoś, komu można zaufać, to na pewno jest Nim Jezus. A On umarł właśnie po to, byś Ty mógł żyć. Wiecznie żyć.
„I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już [odtąd] nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły. I rzekł Siedzący na tronie: «Oto czynię wszystko nowe». I mówi: «Napisz: Słowa te wiarygodne są i prawdziwe»”.
Objawienie św. Jana 21:4-5, BT

