Chrześcijanie – po co w ogóle tu jesteśmy?
Dość często można usłyszeć opinię, że chrześcijanie nawracający się do Boga to ludzie słabi, którzy nie potrafią sobie poradzić w życiu. Mają to być osoby z problemami, uzależnieniami, depresją, zaburzonym obrazem samych siebie i zwyczajnie nieodnajdujące się w dzisiejszym świecie.
Trzeba przyznać, że jest w tym trochę racji. Wielu z nas, którzy przyszliśmy do Boga „ze świata”, właśnie takimi było. Warto jednak poruszyć dwie kwestie, które zazwyczaj umykają osobom stawiającym nam tego rodzaju zarzuty.
Brak sensu i celu w życiu
Po pierwsze, taki obraz wynika często nie tyle ze słabej osobowości i nieporadności, które miałyby nas charakteryzować, ile po prostu z faktu, że nie mieliśmy sensu i celu w życiu.
Zastanawialiśmy się, po co w ogóle tu jesteśmy. Często towarzyszyło nam pytanie, które jeden z poetów wyraził słowami: „co ja tutaj robię, w tym cudzym, brudnym śnie?”. Czuliśmy po prostu, że żadną miarą tutaj nie pasujemy.
To właśnie poczucie bezsensu istnienia i braku celu w życiu pchało nas w uzależnienia i toksyczne relacje oraz stopniowo nas degradowało. Jednocześnie prowadziło nas do poszukiwania czegoś lub kogoś, kto nadałby naszemu istnieniu cel.
Ktoś kiedyś napisał, że człowiek ma w sobie pustkę w kształcie, który jest w stanie wypełnić jedynie Bóg. Odkryliśmy i zauważyliśmy właśnie tę prawdę. A w zasadzie nawet nie tyle sami ją odkryliśmy, ile Bóg objawił nam samego siebie i nadał naszemu życiu sens oraz cel.
To częste u Boga. Powołuje do siebie ludzi złamanych na duchu, gotowych zobaczyć samych siebie w prawdziwym świetle – jako osoby potrzebujące pomocy i zbawienia.
Z ludzi słabych stają się silni
Druga sprawa jest taka, że ludzie, którzy początkowo często znajdowali się w bagnie tego świata, niezdolni do istnienia, tworzenia zdrowych relacji oraz prowadzenia uczciwego i dobrego życia, stopniowo zaczynają się zmieniać.
Z ludzi nikczemnych i podłych stają się szlachetni i racjonalni. Z niestabilnych i słabych stają się silni i mocni, gotowi nawet oddać życie za Tego, który ich odkupił.
Tak było już od początku istnienia chrześcijaństwa. Pierwsze trzy wieki to złota era szybko rozprzestrzeniającej się wiary, która stała się solą w oku moralnie zdegradowanego społeczeństwa rzymskiego świata.
Były to lata, w których męczenników oddających życie dla Chrystusa było tak wielu, że Tertulian napisał, iż ich krew jest nasieniem, które rozwija i rozprzestrzenia Kościół.
W wierze stoimy mocno
Jeśli więc ktoś, droga siostro lub drogi bracie, zarzuci ci, że jesteś słaby i nieprzystosowany do życia w tym świecie, przyznaj mu rację, ale dodaj, że taka była twoja przeszłość.
W teraźniejszości stoisz jednak na nogach bardzo mocno. Twoja wiara, a raczej Ten, który jest jej źródłem, sprawia, że w Jego mocy nic nie jest dla ciebie niemożliwe. W takiego Boga wierzymy.
„Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia, w Chrystusie”
Flp. 4:13 (Przekład Dosłowny EIB)

